Uwaga spoilery!
“Don Draper? Kto wie
kim jest ten gość? Równie dobrze mógłby być Batmanem” - Harry Crane
Sezon pierwszy „Mad
Mena” stawia przed widzem dwa pytania, które ująłem w cytatach znajdujących się
w tytule i podtytule tego tekstu. Pierwsze pytanie brzmi: Kim jest Don Draper?
Kim jest czarujący mężczyzna sprzedający szczęście, uwodzący kobiety i klientów,
weteran wojenny, mający piękną żonę i dwójkę dzieci, poważany przez
współpracowników, człowiek swojej ery, na pierwszy rzut oka spełnienie marzeń
każdego mężczyzny. Drugie pytanie jakie nam zadają scenarzyści „Mad Mena” jest
bardziej skomplikowane: Kim my jesteśmy?, a
co za tym idzie: Dlaczego tacy jesteśmy? Co nas powstrzymuje od zmian?
Kim jesteśmy w obliczu zagrożenia?
Dlaczego gonimy za szczęściem? Dlaczego nie jesteśmy idealni? Nieco ambitnie
jak na pierwszy sezon serialu, który debiutował w małej nikomu nieznanej stacji
kablowej, mający mało znaną obsadę i podejmujący stosunkowo nudny temat, czyli:
przemysł reklamy w latach 60. Cały koncept serialu wydaje się być trudny do
zrealizowania. No chyba, że jesteś Matthew Weinerem.
„Mad Men” to pierwszy autorski projekt w karierze Weinera, który został zrealizowany po zakończeniu „Rodzinie Soprano”. Matthew jednocześnie pisał pierwszy sezon hitu AMC jak i pomagał Davidowi Chase’owi w tworzeniu najbardziej enigmatycznego zakończenia w historii telewizji(odsyłam tutaj do tekstu Kuby). Chase w podziękowaniu „pożyczył” Weinerowi całą ekipę niezbędną do realizacji pierwszego odcinka.
„Rodzina Soprano” była wielkim hitem i mimo odległej
tematyki można się było zastanawiać co i ile Weiner przeniesie do swojego
serialu. Wyżej wymieniony podszedł do tematyki nieco… ironicznie. Oczywiście najsłynniejszym nawiązaniem jest
tytuł 6 odcinka 3 sezonu: „Guy Walks Into an Advertising Agency”(ten epizod, w
którym znowu ironicznie sekretarka Lois przejeżdża kosiarką jednego z
pracowników, co ewokuje zamach na JFK), który jest oczywiście parafrazą tytułu
premiery 2. sezonu serialu HBO: ”Guy Walks Into an Psychiatrist Office”. Poza tym warto też
zwrócić na zabawny fakt z odcinka „5G”, gdzie Dona odwiedza jego brat Adam, który
zna tajemnicę tożsamości Drapera. Później w odcinku Don idzie wręczyć mu
pieniądze w pakunku. Reżyserka odcinka(Lesli Linka Glatter) jednak tak kieruję
scenę i tak dobiera ujęcia, że mamy wrażenie, iż Don niesie pistolet i idzie
załatwić sprawę w sposób jaki nie powstydziłby się Tony Soprano. Zresztą
zobaczcie, w jakich scenach pierwszego sezonu jest użyta broń.
Jednak obydwa seriale mają wspólne elementy. Zamiast samców
beta w postaci grubych mafiosów takich jak: Silvio, Paulie, czy Bobby dostajemy
samców beta w postaci ślicznych wymodelowanych chłopców. Poznajcie: Pete’a,
Kena, Harry’ego, Sala i Paula. I tu się chwilę zatrzymamy. Nasza cudowna piątka
jest lustrzanym odbiciem ich mafijnych odpowiedników. W
„Rodzinie Soprano” mieliśmy do czynienia z gangsterami, którzy byli tak
naprawdę ciamajdami z siecią kontaktów, którzy pogubili się w popkulturze.
Tutaj mamy pięknych, wymuskanych chłopców, którzy chcą chwycić świat za jaja, a
owy świat wygląda dla nich czytując Drapera: „Jak ramiączko stanika, czekające
aż oni go zdejmą”. Nasza piątka z Maddison Avenue chcą: dobrze się bawić, pić,
uprawiać seks z łatwymi sekretarkami. Bo w końcu świat należy do nich. II wojna
światowa za nimi, kraj prosperuje, a Watergate i Wietnam jeszcze hem hem
daleko. Zapatrzeni w takie ideały męskości jak Don czy Roger chcą mieć świat u
swych stóp, ale….
Żeby było prościej podzielę naszą grupkę na dwa obozy.
Pierwszym z nich będzie obóz Kena i Paula. Pierwszy z nich w pierwszym sezonie
przypomina seksualnego ogara. Cytując detektywów z „Zagubionej Autostrady”
Davida Lyncha(to nie ostatni raz, kiedy ten uroczy pan pojawia się w tym
tekście): „Ken widział więcej cipek niż sedes”, oczywiście nie tak wiele co
Draper i Sterling, ale też dużo. Cosgrove jest najbliższy temu perfekcyjnemu
ideałowi męskości. Widzimy, że umie czarować klientów, ma rozległą sieć
kontaktów, jest inteligentny, ułożony. Do tego posiada wrażliwość artystyczną.
Cosgrove po godzinach pisze opowiadania science fiction. W latach 60. Pisanie
historyjek o kosmitach było właśnie traktowane jak pisanie historyjek o
kosmitach(zmieni się to za sprawą „Odysei Kosmicznej” Kubricka). Więc hobby
Kena jest traktowane przez kolegów z rezerwą, choć szczególnie dwójka jego współpracowników
mu zazdrości.
Jednym z nich jest Paul Kinsey. Matthew Weiner postanowił przez pierwsze sezony uczynić z tego gościa
główny worek treningowy scenarzystów. Paul ogląda „Twilight Zone”, pisze sztuki
teatralne(!) i nikt nie bierze go na poważnie. Paul to jeden z tych gości,
którzy myślą, że jak przeczytają książkę to już mogą napisać własną. Mający za
sobą romans z Joan(Co jest najgłupszą rzeczą , jaką Weiner napisał. Tacy ludzie
po prostu nie chodzą ze sobą do łóżka)próbuje dotrzymać tempa swoim kolegom
zarówno na tle zawodowym jak i na tle powodzenia u kobiet. W obydwu przypadkach
mu się to nie udaje. W pierwszym sezonie głównym wątkiem dla Paula jest
zazdrość o sukces Kena i jego dziecinne przytyki z tym związane. Oczywiście
Paul jest zabawniejszy w następnym sezonie, kiedy zapuści brodę i zacznie
wyglądać jak najbardziej pretensjonalny naśladowca Orsona Wellesa w historii
popkultury.
Drugi obóz to ten mniej wyuzdany seksualnie składający się
za Sala i Harry’ego. Zacznijmy od
Harry’ego, który jest najporządniejszym facetem w całym Sterling Cooper(przynajmniej
w sezonie pierwszym), ale i tak kończy
zdradzając żonę. Jest to jeden z przykładów niezwykle dziwnego poczucia humoru
Matta Weinera, które objawi się kilka razy na przełomie serialu. Rola Crane’a
przez ten sezon to granie słodkiej owieczki, która pod koniec trochę zbłądziła,
ale na koniec i tak wyszła na prostą.
Sal to z kolei skryty gej. Romano obok Crane’a jest jednym z
tych nielicznych porządnych gości, którzy szanują kobiety i wykazują się
manierami. Lecz jednak naszego Włocha zżera problem natury upodobania
seksualnego. Na początku dekady lat 60. bycie gejem równało się z zawodowym
samobójstwem. Romano jednak utrzymuje tą tajemnicę przed wszystkimi, nawet
przed żoną. Salvatore musi również rzucać seksistowskie żarciki i chodzić do
barów z striptizem, tylko dlatego aby zachować pozory. Będąc w głębi duszy
głęboko nieszczęśliwy.
Osobny akapit poświęcę Pete’owi Campbellowi bo to naprawdę ciężki przypadek. Na papierze to on powinien chwycić świat najmocniej. Pochodzący z szlacheckiej rodziny, mający przepiękną żonę(w którą wciela się Alison Brie, czyli dziewczyna Internetu), wyprzedzający swoje czasy, dostrzegający problemy rasowe. Niestety Pete chce mieć wszystko od razu, no bo przecież tak powinno być! Ale tak nie jest. Społecznie nieprzystosowany dziwak, który każdemu wejdzie głęboko w dupę i każdym poniewiera(ciężko lubić Pete’a w pierwszym sezonie. Dopiero w późniejszych sezonach zobaczymy jak samotny i uszkodzony jest ten chłopak, na tym etapie wydaje się być tylko małym krzykaczem). Jego romans z Peggy, pokazuje jak bardzo ten facet chce kontroli, jak bardzo chce być kimś, tym kim z zasady powinien być. Kiedy Peggy osiągnie swój pierwszy sukces w reklamie, Pete odstawi ją na boczny tor , ale to nie jest tak, że jej nie kocha. Oczywiście kocha ją zarówno jak i kocha swoja żonę Trudy, co jeszcze bardziej potęguje jego zagubienie.
Oczywiście Pete chce być Donem. Chce być nim tak bardzo, że
aż kłuje w oczy. Campbell przed kolegami udaje, że gardzi nim, w głębi duszy
podziwiając go. Konflikt między tymi dwoma mężczyznami to jedna z głównych oś pierwszego sezonu. Jest to
pojedynek między kimś kto zasłużył na sukces ciężką pracą (Don), a kimś kto
powinien otrzymać ten sukces z marszu, bo mu się należy (Pete). Sezon 1. Mad
Mena nie należy do najbardziej subtelnych, więc każdy kto ma chociażby
elementarną wiedzę z historii Stanów Zjednoczonych, wie że konflikt naszych
postaci to metafora kampanii prezydenckiej z 1960r. Nixon Vs Kennedy, która
oczywiście stanowi główne tło społeczne tego sezonu. Don jest Nixonem, a Pete
jest Kennedym. Tylko, że w serialu wygra nie Kennedy, ale Nixon. Przynajmniej
jak na razie.
Mad Men to rzut okiem na trzy generacje. Generacja pierwsza:
tych „zasłużonych”, tych co wygrali wojnę, tych co mogą usiąść na fotelu z papierosem i old fashoined
i patrzeć jak świat wraca na swoje tory. Jednocześnie, ci ludzie stracili
młodość ma walkę. Teraz kiedy wreszcie mogliby skorzystać z owoców swojego
poświęcenia są starzy i zmęczeni. Tą generacje w serialu reprezentują: Roger i
Bert. Druga generacja to z kolei ci, którzy teraz mogą korzystać z wolnej
Ameryki pełną parą. Oni pamiętają złe czasy, ale potrafią się przystosować do
zmian, jednocześnie nie nadążają zbytnio zza popkulturą. Tą generacje z kolei
reprezentują: Don, Bettyi Joan. Trzecia generacja to nasi amigos(plus Peggy)
powyżej.(Od 4 sezonu dojdzie jeszcze 4 generacja, którą będą reprezentowali
Sally i Glen, ale to nie teraz).
Pierwszy sezon, jeszcze nie obrazuje tych generacji zbyt dobrze.
Pokazuje nam tylko ograniczenia pierwszej (zawał Rogera) i problemy tej
trzeciej. No i jest jeszcze kultowy
tekst Rogera wypowiedziany do Dona: „Ty i Twoja cała generacja, pijecie z złych
powodów. My pijemy bo to dobre, bo zasłużyliśmy sobie na to.”
Zanim przejdę do kluczowych punktów analizy, chciałbym
skupić się na inspiracjach Weinera. Zacznijmy od czołówki. Enigmatyczne i
jednocześnie niezwykle emocjonujące intro, gdzie Don wyskakuje z okna agencji
reklamowej i spada otoczony reklamami między innymi alkoholu, aby potem
wylądować wyluzowany na sofie, to
metafora całego serialu. Jest jednak zbyt wcześnie, aby rozkładać to na
czynniki pierwsze. Mimo wszystko już na tym punkcie, można odczytywać czołówkę,
jako ucieczka Dona przed tożsamością Dicka Whitmana. Ucieczkę skuteczną, bo jak
widać na końcu intra, a także pierwszego sezonu wszystko mu się „upiekło”. Brat
popełnił samobójstwo, a szantaż Pete’a nie wypalił.
Jeżeli chodzi o aspekty techniczne intra, to opening jest
jednym wielkim hołdem dla twórczośći Alfreda Hitchcocka. Szczególnie nawiązuje do dwóch obrazów:
„Zawrót Głowy” i „Północ-Północny Zachód”. „Mad Men” z pierwszego filmu
wykorzystuje motyw spadającego człowieka w garniturze. Z drugiego kradnie motyw
wieżowca, jako swoistego więzienia. A także dramatyczny soundtrack. Warto jeszcze
wspomnieć, iż „Północ-Południowy Zachód”
opowiada o agencie reklamowym, który jest oskarżony o podawanie się za
inną osobę. Brzmi znajomo?
Hitchcock nie tylko był inspiracja dla czołówki, również
design a także pieczołowita estetyka z
lat 60. została zaszczepiona z dzieł tego twórcy. Wliczając w to: kostiumy,
wygląd biur czy nawet oświetlenie. Reżyserzy poszczególnych odcinków pierwszego
sezonu(w tym takie nazwiska jak Alan Taylor czy Paul Feig) również kopiują
między innymi styl kadrowania Hitchcocka.
Jest jednak jeden film, który stanowi główną inspirację dla Matta Weinera, jest to „Garsoniera”. Film Billy’ego Wildera z 1960r. opowiadający o pracowniku biura, który wykorzystuje swoje mieszkanie jako miejsce schadzek, gdzie jego szefowie mogą przychodzić zabawiać się z kochankami. Owy pracownik (w tej roli fantastyczny Jack Lemmon) otrzymuje za ten fakt pieniądze, a także wspina się po drabinie kariery, awansując na coraz to wyższe stanowiska. „Garsoniera” jak wszystkie filmy Billy’ego Wildera działa zarówno na poziomie komedii jak i dramatu. Weiner ukradł od Wildera przede wszystkim spojrzenie na brutalną politykę biurową lat 60. dotyczącą przede wszystkim poniżaniu kobiet, a także niecne interesy poszczególnych pracowników. Film Amerykanina jest również ostatnią cegłą w formowaniu stylu wizualnego produkcji AMC. Zresztą spójrzcie na te kadry:
Kolejną nieco mało oczywistą inspiracja jest film Davida
Lyncha: „Blue Velvet”. Produkcja pojawiła się na ekranach kin, wtedy kiedy Weiner
miał 20 lat i jak sam przyznaje był to ważny film dla niego i jego pokolenia.
Stymulujący wizualnie obraz skupiał się na pożądaniu a także na jego brutalnych
konsekwencjach i na mrocznych stronach natury ludzkiej związanym z seksem.
Można to również zobaczyć w „Mad Menie”, który powinien w założeniu ociekać
seksem(spójrzcie na tych aktorów, na te stroje), a tak naprawdę pokazuje owy
seks jako ostatni krzyk desperacji, jako ucieczkę od samotności, jako
gwałtowne wołanie o troskę drugiego człowieka. W skrócie: Nie oglądajcie z swoimi drugimi połówkami
tego serialu.
Ostatnią inspiracja, szczególnie dla wątku Dona jest
twórczość Ernesta Hemingwaya. Warto przytoczyć tu anegdotę: Kiedy Weiner
napisał scenariusz pilota, nie uwzględnił kwestii podwójnej tożsamości
Dona. Dopiero AMC mu uświadomiło, że
widzowie potrzebują bodźca, które będzie ich przyciągać co tydzień przed
ekrany. Więc Weiner powrócił po dwóch tygodniach z całą historia Dicka
Whitmana, co Jon Hamm skomentował słowami: „To jest tak Hemingwayowskie.”
Przejdźmy do kluczowych postaci. Zacznijmy od kobiet. Według
przysłowia wymyślonego przeze mnie mężczyznę poznaję się po tym jak umie
opowiadać o kobietach. Według tej maksymy, Matthew Weiner to samiec alfa
kompletny. Pójdę dalej „Mad Men” ma najlepiej napisane postacie kobiece w
historii TV. Jedynie „Deadwood” może pod tym względem rywalizować z serialem
stacji AMC, a i tak stoi na przegranej pozycji. To zaskakujące, jak Weiner
dobrze sobie poradził z nakreśleniem tak znakomitych postaci kobiecych. Jeżeli weżniemy pod uwagę fakt(uwaga: kontrowersyjna opinia), że postacie kobiet w „Rodzinie
Soprano” były raczej kiepskie(c’mon postać Carmeli była świetna, ze względu na
atomistyczne aktorstwo Edie Falco). Ale z kolei pamiętajmy, że Weiner był autorem
świetnych „feministycznych” odcinków „Rodziny Soprano” takich jak: „Rat Pack”,
czy „Sentimental Education”. Zanim przejdę do omówienia konkretnych postaci,
warto zauważyć ciekawy motyw przewijający się przez pierwszy sezon: otóż postacie kobiece są porównywane do…
ptaków. Roger w odcinku „Bayblon” wręcza
Joan ptaka w złotej klatce, co znakomicie obrazuje zawodowe ograniczenia
rudowłosej. Z kolei z Betty wiążę się jeden z najbardziej ikonicznych
kadrów w całym serialu, który znakomicie obrazuje jej samotność a także
skrywany gniew.
Właśnie zacznijmy od Betty. Od nasze idealnej piękności, od
naszego ptaszka. Po pierwsze January Jones nie jest i i nigdy nie była dobra
aktorką. W jakiś sposób jej gra aktorska
rodem z tartaku znakomicie współgra z postacią wykreowana przez Weinera.
Poznajemy Panią Draper w nieciekawym momencie jej życia. Jej matka niedawno
odeszła, a jej ojciec raczej nie chce tracić czasu na opłakiwanie żony i szybko
znajduje sobie kandydatkę na jej zastępstwo. W dodatku Betty jest ignorowana
przez Dona. Żyjąc w niewiedzy na temat swojego partnera życiowego, Betty popada
w depresję. Co prowadzi ją do psychiatry(Skądś to znam), gdzie widzimy jak
bardzo jest to uszkodzona kobieta. Pani Draper nie jest przeciętną kurą domową ani beztalenciem. Ma za sobą karierę modelki.
Jasne, ktoś podniesie głos, iż ze względu na jej urodę to nie było trudne(to
jak ludzie są postrzegani przez to jak wyglądają, jest ważnym wątkiem
ostatniego sezonu „Mad Mena”), no ale to ponoć nie jest taka łatwa praca. Kiedy
Betty dostaje ofertę reklamowania Coca Coli jest tylko kartą przetargową, w
kwestii zatrudnienia Dona. Niestety dla Pana Drapera zawodowa realizacja jego
małżonki nie leży w jego interesach(Don i Pete mają ze sobą więcej wspólnego
niż sądzicie.) Ona ma tylko stać, ładnie wyglądać i płodzić dzieci. Jeszcze
dobrze jakby nie zadawała pytań. Można się kłócić czy Don ją kocha, jedno jest
pewne Draper chcę, żeby jego rodzina była idealna. Więc trzymanie Betty na
dystans jest związane z tym. Przecież nikt nie może zobaczyć jak bardzo
uszkodzony jest Donald Draper. No i tak
Betty siedzi sama w bogatym domu, niezaspokojona zawodowo jak i seksualnie.
Otoczona innymi kurami domowymi, które traktują Betty jako królową. Królową
niczego.
W serialu istnieje jeszcze jedna królowa i jest nią Joan.
Idealny cytat opisujący Panią Holloway pochodzi z „Deadwood”. Konkretnie jest
to cytat Almy Garett: „Boje się, że moje życie mnie przeżywa”. Tak naprawdę
Joan jest najtrudniejszą osobą do rozszyfrowania w serialu, bo po prostu Weiner
w pierwszych sezonach nie ma pomysłu na nią. Joan z pierwszego sezonu i z
ostatniego to zupełnie inna postać i nie mam tu mowy o zmianie charakteru czy
czymś takim. Weiner zresztą sam przyznał w jednym z wywiadów, że potrzebował
trochę czasu, aby znaleźć rytm Joan. Tak naprawdę ta postać zyskuje odpowiedni
„połysk” dopiero w 3 sezonie. W pierwszym sezonie, możemy ją potraktować jako
„biurowe” lustro Betty. Z tym wyjątkiem, iż Joan wie jak silna potęga tkwi w
jej seksapilu. Zresztą to ona rzuci do Peggy: „To nie Chiny. Tu nie dostaniesz
pieniędzy za dziewictwo”. Joan chce jak
najszybciej ożenić się z nadzianym facetem i żyć do końca życia w złotym fotelu
jak Betty. Widzimy jak bawi się uczuciami Paula i Rogera, jednocześnie żądając
trochę więcej akceptacji zawodowej. To na razie tyle o Joan
Z głównych postaci została nam do omówienia jeszcze Peggy.
Jej wątek na pierwszy sezon jest tak rozpisany, że mógłby stanowić wątek na
cały sezon jakiegoś mniej ambitnego serialu.
Szara myszka przychodzi do biura i na początek dostaje sprzeczne
sygnały. Joan mówi „ruchaj”. Don z kolei
mówi „nie ruchaj”. Jednocześnie wszyscy chcą jej zajrzeć pod spódniczkę. Nie
jest nic przypadkowego w fakcie, iż Peggy poszła w tango z Pete’m. Jej zagubienie w molochu reklamowym mogło
zostać tylko i wyłącznie utemperowane przez znajomość z podobnym jej
„przypadkiem”. Peggy potrzebuje oparcia,
ale potrzebuje oparcia w kimś równemu sobie. Komplikacje zaczynają się, kiedy
One Night Stand przeradza się w głębsze uczucie, kiedy Peggy odnosi swój
pierwszy sukces reklamowy za sprawą kampanii „Belle Jolie”, próbuje uderzyć do
Campbella, ten jak wspomniałem znacznie wyżej czuje że już nie dominuje w
związku więc ignoruje ją. Oczywiście dla
Peggy przyjdzie „kara” za związek z Campbellem w postaci nieplanowego dziecka,
co jest kluczem do opisania jej relacji z Donem. Ale o tym w późniejszych
sezonach
Ciekawy jest fakt, jak Peggy wymyśliła hasło reklamowe. Nie dowiadujemy się za dużo o jej
pochodzeniu tym sezonie. Wiemy tylko, ze jest uzdolniona i nie
pochodzi ze zbyt bogatej rodziny. Tu serial narzuca w tym momencie kluczową
tezę swojej ideologii. Twoja tożsamość i kim jesteś się nie liczy. Wszystko
zależy od ciebie. Nieważne że Peggy jest zahukaną dziewczyną z przedmieść,
jeżeli ma w sobie odpowiedni dar. To wszystko opisuje znakomicie Panią Olson.
Poświęćmy jeszcze dwa akapity drugoplanowym postaciom
kobiecym. W sumie porozmawiajmy tylko o dwóch(a właściwie to trzech). Pierwszą
nich jest Rachel Menken. Dlaczego Don kocha Rachel(a także i Midge)? Bo obydwie
te kobiety doszły do czegoś w życiu. Są samowystarczalne, są u szczycie. Jeżeli
ktoś określa Dona jako seksistę, to źle ogląda „Mad Mena”. Dona(podobnie jak
Tony’ego Soprano) pociągają kobiety silne, mające wyrobioną pozycje społeczną.
Dlaczego traktuje Betty jak gówno? Bo
Betty ma być idealną matką i nie może zbyt daleko „odlecieć”, ani zbyt dużo
„wiedzieć”. Poza tym Don mimo, że jest konserwatywny uwielbia nowe doznania.
Kobiety takie jak Rachel, czy Midge są dla niego jak dobra książka. Jednakże Draper również szybko się nimi
nudzi.
Z kolei kolejna postacią o jakiej chcę wspomnieć jest Helen
Bishop. Rozwódka przeprowadzająca się do sąsiedztwa Draperów i wprowadzająca
niemałą konsternacje wśród naszego koła gospodyń. Z niepokojem, a także z zazdrością patrzą jak frywolnie ubiera się
ich koleżanka, a także jak śmiało flirtuje z mężczyznami(nawet z ich mężami).
Helen udało się uciec z piekła, jakim oznaczało bycie przeciętną kurą domową w
tamtych czasach. Jej sąsiadki z Betty na
czele patrzą na nią i widzą swoją utraconą młodość. Swoje uciekające powoli
przesypujące się niczym ziarnka piasku życie.
Helen z kolei wychowuje samotnie syna(Glena, czyli najbardziej creepy
dziecko ever). Dla niej szukanie męża
wcale nie oznacza zabawy, nie. Dla niej szukanie partnera oznacza stabilizacje
finansową i emocjonalną. Folgowanie z
Donem należy zaś odczytać jako przejaw pokusy seksualnej, zakazanego owocu. W
głębi duszy jednak Helen wie, iż musi wrócić do piekiełka, bo inaczej skończy
marnie.
Zanim przejdziemy do dania głównego. Porozmawiajmy o tym
czego nie lubię w sezonie pierwszym. Wspomniałem już o skopanej postaci Joan.
Tym bardziej mnie to gryzie, iż jeszcze całkiem dobrze pamiętam finał(obecnie
oglądam po raz drugi „Mad Mena”). Po prostu niektóre jej zachowania są dla mnie
bardzo irracjonalne i nie wpisujące się w koncept tej postaci, który pamiętamy
i lubimy. Drugim zdecydowanym minusem jest brak subtelności. Wszystkie wątki i paralele
można odczytać na pierwszy, no dobra może drugi rzut oka(co widać po tym
tekście). Gryzą też oczywiste dialogi. Zajrzyjmy na przykład do odcinka drugiego, gdzie Betty mówi do śpiącego Dona „Kim
jesteś?” Ble.
Lecz jednak największym błędem sezonu pierwszego jest
nadmierne szpanowanie estetyką lat 60.
Nie zrozumcie mnie źle, to jest serial historyczne i takie elementy muszą
występować. Lecz oczekuje, że one będą bardziej w tle, a nie będą mnie uderzały
w twarz w każdej scenie. Teksty o „nowoczesnej technologii” obrazujące maszynę
do pisania, czy „kosmiczne” zabawy dzieci Draperów dobrze potwierdzają moją
tezę. Lecz jednak i tak ten szpan widać najbardziej w odcinku trzecim(„Marriage
Or Figaro”), który, aż pęcznieje od tych elementów. Najbardziej to widać, kiedy
dorosła postać uderza dziecko bo biega po domu. Postacie te nie mają żadnego
wpływu na fabułę i nie pojawiają się już później w serialu. Come On Panie
Weiner! „Mad Men” musi się jeszcze sporo nauczyć, zanim zostanie nazwanym
najwierniejszym obrazem epoki w dziejach telewizji.
Jest jednak jedna rzecz, za którą kochamy „Mad Mena”, a którą robi znakomicie już na tym etapie. Otóż jest to pokazanie jak wielkie wydarzenia (a Ameryka lat 60 w nie obfitowała)o których możemy się dowiedzieć tylko z książek lub Internetu wpływa na pojedyncze jednostki. Odcinek ”Nixon Vs Kennedy” to jest prawdziwy brylant w kategorii scenariusz. Już wyłączając cała tą rzecz z szantażem Pete’a. Popatrzcie jak ludzie zachowują się w noc wyborczą… To wszystko sprawia, że te postacie są tak realistyczne, są tak blisko nas….
Do omówienia został nam jeszcze Don. Podczas pisania tego
tekstu poruszyłem już wiele kwestii dotyczących tej postaci. Pozostaje mi w
sumie opisać jego przemianę z Dicka Whitmana do Dona Drapera. Więc tak „Mad
Men” opowiada o tożsamości. Opowiada o tym, iż jeżeli będziesz ciężko pracował
na siebie to Amerykńaski sen można połowicznie spełnić. Lecz przede wszystkim
opowiada o ułudzie. Kiedy widzimy mężczyznę jak Dona, który rzuca takimi frazami, jak: „Przyczyna, dla której nie poczułaś miłości, jest taka,
że coś takiego nie istnieje. To, co nazywasz miłością, zostało wymyślone przez
facetów takich jak ja, żeby sprzedać pończochy. Rodzisz się na tym świecie sama
i umierasz sama, a po drodze dostajesz od świata kilka złudzeń, które mają ci
pozwolić o tym zapomnieć. Ale ja nie zapominam. Ja żyję tak, jakby nie było
jutra, bo jutro po prostu nie istnieje.” Widzimy człowieka idealnego
nieskazitelnego, nie zastanawiamy się kim on był, jakie błędy popełnił. Nie
interesuje nas czy jest dobrym mężem, czy jest dobrym człowiekiem. Widzimy
autorytet, kimś kim chcemy być, Lecz jednak ta wymarzona persona jest po prostu
zwykłym głęboko zranionym emocjonalnie człowiekiem
Bo nie obchodzi nas, że Don Draper ”narodził” się w
momencie, kiedy wystraszony, obszczany syn prostytutki i pijaka niechcący zabija swojego współtowarzysza. Nas
to nie obchodzi. Obchodzi nas, żeby ktoś nam mówił cały czas, że jesteśmy w
porządku, a tacy ludzie jak Don dostarczają nam takich wrażeń. Wiec jak
wspomina Bert Cooper, jest takie japońskie przysłowie: „człowiek istnieje
niezależnie od miejsca, w którym się znajduje”. Więc „WHO CARES MR. CAMPBELL?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz